Pora przeczytać wszystko jeszcze raz
Miłość ogarnęła ją tak gwałtownie, że naprawdę sądziła, iż nikt wcześniej nie zgłębił tego uczucia. Gdzie podziewała się miłość w literaturze? Ktoś przecież musiał coś na ten temat napisać, ona jednak tego nie zauważyła. Pora przeczytać wszystko jeszcze raz. Annie Dillard "Państwo Maytree".
Marzenie o porankach - po prostu leżeć obok ciebie, rozciągnięta delikatnie jak gęsty kożuch na mleku, unosić się tak na czasie bez ważniejszego powodu. Albo inaczej - wyplatać te wszystkie rozmowy bez znaczenia, wyplatać ze słów absurdalne girlandy, zrywane nagle głębokimi kaskadami wspólnego śmiechu. I jeszcze - żebyś częściej w roztargnieniu przeczesywał moje włosy palcami, tak bardzo to lubię.
Znajdujesz "Państwa Maytree" na stole i pytasz: "Znowu czytasz Annie Dillard? Mi się nie podobało, chyba nie polubiłem bohaterów albo chodziło o coś innego, nie pamiętam". Należałoby ci teraz wyjaśnić, że uwielbiam sposób w jaki ta książka pcha się prosto w sam brzuch miłości, nieustępliwą potrzebę bohaterów, żeby wydestylować istotę miłości, ten uparty marsz w pytania o sensy i w niemożliwe definicje, ten szeroki rzut życia w przepysznym języku. Ale przecież ja ci to już kiedyś mówiłam.
Ja też chciałabym zrozumieć więcej z tej miłości, ze sposobu w jaki rozciąga się w czasie i zmienia. Czy kiedyś kończy się to wzajemne zdziwnie sobą i czy to na pewno jest coś złego. Chciałabym wiedzieć, czy może trwać na zawsze, czy można pchnąć ją jeszcze dalej, czy mam na to odwagę.
Mówię "Wiesz, kiedy byliśmy młodsi, myślałam, że miłość może w nas coś zmienić, przeprowadzić na jakąś inną stronę, przenicować nas. Wszyscy tak wtedy myśleliśmy. To dlatego wszyscy się zakochiwali w kółko, od nowa, chcieliśmy się wykochać w kogoś innego. Bum, pojawia się miłość i hurra, przestajemy się bać, jesteśmy odważni, mądrzy i tak od razu, na pewno szczęśliwi. A jednak tak nigdy nie było. Nauczyłam się już jednego - miłość wnosi tylko to, co już i tak mamy ze sobą, w dodatku wnosi wszystko, żadnego zostawiania bagaży przed drzwiami. Cały nasz strach, demony, ciemności, lęki, wnosimy to do środka, nawet jeśli tego nie widać na początku, miłość niczego za nas nie załatwi zaocznie. Przez wszystko musimy przejść sami, miłość niczego nie zrobi lepszym, za to my musimy ciągle robić z niej coś lepszego. Jest zupełnie inaczej, coraz częściej myślę, że to uczucie kompletnie bezfunkcyjne, które niczego nie daje. Albo czegoś wymaga. Nie wiem, nie wiem co zrobić z miłością, a jednak myślę, że to jest jakiś dobry pomysł na sens".
Odpowiadasz, że przenikamy się sobą jak dwa przedmioty, które leżały koło siebie przez miliony lat, mówisz o liniach granicznych, których nie potrafisz już wytyczyć. Ostatnio pojawił ci się nowy tik, kiedy się koncentrujesz, chwytasz mostek okularów delikatnie palcem wskazującym i kciukiem, przesuwasz okulary lekko do przodu i cofasz, jakbyś brał nimi rozbieg dla myśli. Lubię znajdować w tobie takie rzeczy, chce mi się uśmiechać za każdym razem, kiedy cię potem na nich przyłapię. Zakreślam to jako roboczą definicję miłości - to szukanie skarbów. Jak wszystko.
skomentuj (3)
2012-04-02
Czwarta nad ranem
Uwielbiam miasto o 4 nad ranem, w tych nieokreślonych, rozmytych godzinach między nocą a rankiem. Oszronione trawniki jak szorstki zarost miasta, srebne od szronu samochody jak błyszczące, brokatowe resztki po wczorajszej gali. Miasto zawinięte w ledwo naruszoną kołdrę ze śniegu, trochę jeszcze wymiętoszone, wczorajsze, a trochę już przeciągające się, dzisiejsze. W tramwajach dziewczęta z rozmazanym makijażem plączą się w obcasach, zniechęcone, lekko pijane. Wracają z imprezy, znudzone, ale nie zdziwione - nic się nie zdarzyło, ale też niczego się nie spodziewały - poniedziałkowa impreza, bardziej obowiązek niż napęczniały balon możliwości. Czasem prychną jeszcze resztą chichotu, albo przeżują leniwie jakąś nocną plotkę, poprawią fryzury smutno osiadające pod ciężarem nocy. Ale to nic nie pomaga, mają rozmazane kontury, rozlewają się na boki, prawie jakby ich nie było. Obok nich zmęczeni, poszarzali stróże, podkrążeni i opuchnięci, wracają do domu z parkingów i fabryk, w których przez całą noc oglądali małe tranzystorowe telewizory, nawet nie udając, że strzegą jakichkolwiek skarbów. I kilka osób, ściętych z zimna, spiętych - pracują daleko, zaczynają o szóstej. Na Rondzie Rataje widzę staruszkę w odblaskowej kamizelce, dzierżącą z jakimś krzepkim uporem wózek na zakupy - jedzie na giełdę kwiatową, z wyrzucanych resztek ułoży bukieciki na sprzedaż.
Oddycham głęboko, kiedy jedziemy przez rzekę, za każdym razem oszałamia mnie tak samo - Poznań rozlewający się na brzegach kaskadami, rozciągający się w mostach, najpiękniejszy właśnie o tej porze, bo niczyj. (za kilka godzin nadtruchta żwawo 8 rano, pora dla rześkich i sprężystych, poziewujących pogodnie nad pierwszą kawą w pracy, na razie - miasto nie należy do nikogo, zmiana nocna wraca do domów, chyłkiem ulicami suną roznosiciele gazet, krwiobieg miasta szumi tylko leniwie na giełdach, w piekarniach, szpitalach).
Na chodniku potyka się o mnie pijany na zabój brytyjczyk, gardłowo zapewnia mnie, że jestem gorgeous, a potem wraca chybotliwie na zaburzony mną kurs - prosto do sklepu nocnego. Spieszy mi się na Szelągowską, na której o tej porze powinno pachnieć już z palarni kawy i piekarni, chmura pachnących obietnic na nowy dzień.
Wracam do domu, skupiona i czujna, jakbym niosła w sobie ten poranek i nie chciała go upuścić, jakbym miała, nieuważną myślą zmusić go do samookreślenia, nazwać, nadać mu kontury. W mieszkaniu chowam się pod kołdrę, żeby jakoś pokonać to żarłoczne, cierpkie zimno, takie jakie bywa tylko o tej porze, takie, które wgryza się aż w sam szpik kości. A potem leniwie ziewam, przemywam twarz, robię sobie kawę. Planuję, przeliczam, przeciągam się. Patrzę jak za rzeką miasto obmywa się w różowym świetle. Wszystko się zdecydowało, jest poranek.
Dzień dobry.
skomentuj (1)
2012-01-24
Takie idiotyczne słowo
Dopiero patrząc na złe wyniki badań taty, kiedy lekarz wymienia różne niedobre, straszne możliwości, uświadamiam sobie, jak bardzo moi rodzice zmienili się przez lata, jak stali się krusi, delikatni jak skorupka jajka. "Śmiertelni" - takie idiotyczne słowo.
Kiedyś, ciepli i niepodważalni, unosili się spokojnie nad wodami mojego dzieciństwa, w których wszystko mogło za jednym zamachem stawać się czymś innym, nazywane i odnazywane w kapryśnych porywach wyobraźni - drzewo, które było drzewem tylko doraźnie, jeśli akurat nie bywało statkiem, wieżą, bazą, schronieniem albo przyjacielem. I tylko rodzice wymykali się temu porządkowi, jako jedyni niepodlegli proteuszowym prawom monarchii dzieciństwa, zawsze na "tata" i na "mama", co wtedy miało jeszcze takie łatwe, nieskomplikowane, przepotężne znaczenia. Potem goreli gdzieś sobie na granicach świata, w kolejnych latach nawalali i sypali się w błędach, coś burzyli, coś mówili nie tak, czegoś zabraniali, a na coś, tak strasznie nieodpowiedzialnie pozwalali, tak że wszystko łączyło się w jakiś buntowniczy galimatias, wplątywanie się i wyplątywanie, obrysowywanie siebie osobno. Histeria nastolęctwa - narowistych narwań, kakofonii wrzasków, porwanych sztruksów i marzenia o kolczyku w nosie, co wszystko razem w jakiś dziwny sposób decydowało, czym właściwie będę; przedstawienie, które miało znaczenie tylko o tyle, o ile gdzieś tam na horyzoncie majaczyli Oni, chociaż wtedy nie mogłabym tego przyznać. Nie byli doskonałymi rodzicami, były lata, że nie byli nawet blisko, mam głowę pełną smutnych historii o niedodbaniach, zaniechaniach, niezauważeniach, nieprzyjąciach do wiadomości, histerycznej miłości, despotycznych domaganiach się, fatalnych fuszerkach; rachunek zadawnionych krzywd, które można już tylko zapomnieć. I mam też cały ten durny, skomplikowany podziw dla ich wyplątywania się z własnych błędów, przepracowywania od początku i na nowo, dla starania się, kawałek po kawałku, żeby było lepiej. Co nie unieważnia niczego, ale zmienia wszystko.
I miłość, oczywiście, zawsze wszystko podszyte miłością.
Teraz, kiedy nie mówimy o najgorszych możliwościach (zostawiamy je na później, niewywołane z lasu nie przyjdą, a nawet jeśli, to jeszcze nie czas na to), cała ta miłość i troska rośnie mi w brzuchu jakąś ciężką magmą, podchodzi do gardła, tak, że krztuszę się nią mdłościami, w głupim, nerwowym płaczu, który jest mi potrzebny, żeby wszystko sobie poukładać. Potem będzie lepiej, potem zostanie albo ulga, albo rzeczy, które trzeba zrobić, jedna po drugiej, spokojnie.
Nie mówimy nic mamie - jest taka malutka, sięga mi do brody i zawsze martwi się za dużo. Dopóki bawimy się przypuszczeniami, dopóki nadal może się okazać, że wszystko jest mniej więcej w porządku - nie ma żadnego powodu, żeby miała nie spać w nocy.
A ja - nie mam pojęcia kiedy to się stało, kiedy rodzice zaczęli mieścić mi się w dłoniach, odwrócony wektor opiekuńczości, takie kruche, delikatne sprawy. Przecież nie chodzi nawet o te badania, bo nic złego nie może się stać (nie teraz, nie może, proszęproszęproszę), ale o możliwość, o to jak to się stało, że to są rzeczy możliwe, że rodzice rozmywają się w czasie, jakby mniejsi, utracalni. Śmiertelni - takie idiotyczne słowo. Że być może przychodzi taki moment, kiedy coraz częściej będę musiała być silna za nich. I że być może to również będzie mogło kieydś nie wystarczyć. Kiedy to zaczęło się dziać?
Na razie myślę o tym, jacy jesteśmy z tatą podobni, kiedy przez telefon gramy w pokera z idiotycznych, naspiętrzanych, trochę gorączkowych żartów, kiedy na wyprzódki tłumaczymy sobie, spokojnie i pewnie, że te wyniki mogą równie dobrze nic nie znaczyć, lekarz zresztą mówił, że nic nie wiadomo, ale dla pewności te badania trzeba zrobić, zresztą statystyki, wyniki, tryb życia, wiadomo, a wszystko przypadek, doprawdy. Rozczula mnie jak podobnie gramy, jak przemilczamy to samo nawzajem ("niepokoję się", "a co jeśli?", "nie chcę"), chociaż czytamy z siebie nawzajem na wylot, rozczula mnie z góry ten teatr, który podczas spotkania zbudujemy z promiennych uśmiechów, przekomarzań i niedbałych uścisków, sami wiecie - zwykłe szachrajstwa miłości, które deszyfruje się bez trudu.
Na poważne rozmowy przyjdzie czas, jeśli okaże się, że wyniki rzeczywiście zwiastują kłopoty. A to wcale nie jest takie pewne. Albo nawet - całkowicie wykluczone.
skomentuj (4)
2011-11-21
|
|
|