jakbym sama siebie głaskała po głowie.












niejesień.


Może ta jesień jeszcze się ocknie, obudzi, wywlecze się z tych kałuż i błota, strzepnie z siebie te przegniłe, poszarzałe szmaty i zalśni, zamigocze kolorami, rozbłyśnie światłem, otumani, zapachnie. Nie, jesienie nie powinny być takie pogniecione, przemokłe, podkrążone. Powinny jeszcze na koniec, mamić i przyzywać, rozwieszać na drzewach wielobarwne fatałaszki liści, olśniewać słońcem, grzechotać biżuterią jabłek, rozsypywać szczodrze swoje śliwkowe uśmiechy. Na jesień zawsze miałam ochotę na miłość, poddawałam się łaskotkom powietrza, od których przechodziły mnie dreszcze jakichś łapczywych rozkoszy, na jesień zawsze planowałam podróże, podniebne i nieogarnione, przeguby pęczniały mi od chciwej krwi, nurzałam się w jesiennej kokieterii, wpadałam w jakieś rozedrgane, roześmiane półsny, wgryzałam się w jej miąższ narkotycznie soczysty.  Więc może ta jesień jeszcze się opamięta, weźmie w garść, wynurzy z tego ciężkiego, popielistego otumanienia, może się jeszcze zdarzy tak naprawdę i napełni nam płuca porankami chłodnymi i ostrymi jak kieliszek, może jeszcze coś nam obieca, czymś nas zaczaruje. Dajmy jej jeszcze szansę, poczekajmy.



skomentuj (5)
2009-10-26






Donosy codzienne.


Co rano uderza we mnie rzeczywistość i błaga o uwagę. Z ekranu komputera, ze stron gazet wylewają się na mnie wydarzenia codzienne, skomlą o spojrzenie, ciągną mnie za rękaw buńczuczne światowe wojny, pokątne rozwody gwiazd, decyzje polityków, wyniki sportowe. Informacje i plotki obracają się na plecy i zachęcająco odsłaniają bezbronne brzusiątka, jeśli ich nie przeczytam - to nie zaistnieją, pozostaną poza obrębem mojego świata, bez prawa do apelacji, bez prawa do ponownej próby, nieobecne, martwe. Mają na to tylko jedną dobę, jętki jednodniówki, jutro już zdezaktualizowane, przewiędłe i szare, całkowicie pozbawione swoich świeżych wdzięków. Opędzam się jak mogę od obślizgłych plotkarskich podszeptów, z królewską szczodrobliwością udzielam mojego spojrzenia niektórym wydarzeniom, ale szybko się nudzę, nie doczytuję do końca, daję się uwodzić innym, które wypinają się, prezentują, kuszą. Ale nie ma na to czasu, zewsząd napierają już reklamy, soczyste kolorem, blaskiem, migające albo dumnie nieruchome, oferują mi łatwe piękno, wieczną młodość, komfort, podróże, bogactwo. Och, nieogarnione jest królestwo darów reklamowanych produktów, które wpychają się do skrzynek na listy, czają w mailach, rozkładają się przede mną w smsach. Każdy z nich wygina się kusząco, odsłania skraweczki, obiecuje, że wraz ze sobą niesie dla mnie nową jakość życia, nieogarnioną soczystość przygód, zaciśniętą zazdrość przyjaciół, ponadczasowy szyk, wygodę i piękno. A ja bronię się przed ich szatańskim kuglarstwem, kasuję, zgniatam, wyrzucam, odwracam zawstydzone oczy. Ale ciągle napierają nowe, reklamy, wiadomości, reportaże z życia zwykłych ludzi, porady, ciekawostki. Nie, nie potrafimy już ogarniać świata, zrobił się za duży, już za bardzo ruchomy i nieustalalny. Codziennie pęcznieje, rozrasta się, przekształca, zmienia fatałaszki i nabiera ciała. Więc zamiast świata wybieram opowieści o świecie, kuszące literackie półprawdy (ponad prawdy? niedokłamstwa?), karnie wsunięte pomiędzy okładki, nieruchome i odtwarzalne. Albo wydziubuję drobne, smakowite okruszki, przyjemnie intymne poszepty prywatności, które ludzie zostawiają na pokaz na blogach. To mogę przynajmniej ogarnąć, w to mogę przynajmniej uwierzyć.



skomentuj (0)
2009-10-25






Na dwurocznicę ślubną.


Myślę o tym jak to się zaczęło, w tę noc duszną od papierosów i wódki, kiedy powiedziałam "pocałuj mnie jeszcze raz", chociaż miałam powiedzieć coś zupełnie przeciwnego - że to niepoważne, że ja się chyba już nie nadaję na takie sprawy jak miłość. Ale twoje usta były jak z miodowego miąższu, soczyste i gęste od znaczeń, były jakieś jabłkowe posmaki w wężystych ruchach twojego języka; to był pocałunek oszukańczy, zagnieżdżał mnie w tobie na amen i ja, która bałam się wszystkich "na zawsze" i "nigdy" - ja dałam się na niego nabrać. I rano, kiedy wysuwałam się z pościeli pomiętej i słonej od potu, miałam oczy gęste od popiołu, usta nabrzmiałe od ciebie i myślałam o tym, że ta noc została zrobiona po to, żeby złamać mi serducho, podrapać kolana. Że ja muszę od ciebie uciekać. Zabawne, jak bardzo mi nie uwierzyłeś, nasze rozstanie było sklecone tymczasowo z dworcowej tandety, wyświecone farbkami o minionej dacie ważności, nawet niebo gdzieniegdzie łuszczyło się tapetą, nawet ludzie byli trochę pęknięci tak, że było widać, jak wysypują się z nich trociny. Nie, rzeczywistość nie miała żadnego powodu, żeby inwestować w nasze rozstanie czymś trwałym, nie było sensu robić dla niego jakiejkolwiek dobrej dekoracji. Ty też byłeś tylko trochę smutny, niepoważnie zmartwiony, nie inwestowałeś w prawdziwe rozpacze, bo wcześniej ode mnie wyczułeś, że naprawdę nie ma dla nas żadnego wyboru - nasze linie papilarne tworzą przedłużone labirynty, nasze pępki tworzą symetryczne ślimacznice, jesteśmy wytatuowani w sobie i nic nie możemy z tym zrobić. I rzeczywiście, tydzień później leciałam już w ciebie na oślep, zatapiałam się w wielobarwne przestrzenie twoich uśmiechów i gestów, pogrążałam się we wspólnych drżeniach i zachłyśnięciach, brodziłam w porankach gęstych od muśnięć i zdziwień, w wieczorach obrośniętych dotykiem. Kręciło mi się w głowie od wyostrzonej migotliwości kolorów, rzeczywistość stęgła się w utrwaleniu, wszystko było wreszcie zrobione jak trzeba - niebo sprężyście naprężone błękitem, chodniki pozbawione zapadni, zieleń oleiście błyszcząca i świeża. Nie, scenografii naszej miłości nie można było zarzucić niczego - świat westchnął z ulgą i wykrystalizował się w formę zaprojektowaną po to, żeby starczyła na zawsze. Bo my mamy starczyć na zawsze.



skomentuj (6)
2009-10-21











/2009 październik wrzesień sierpień lepiec czerwiec maj plecień marzec luty pstyczeń / 2008 grudzień listopad paśćdziennik wrzesień sierp lipiec czerwietsss maj kwiecień mażec luty styczeń / 2007 gródzień liztopad październik wrzesień sierpień lipiec czerrwiec maj kwiecień marzec lóty styczeń / 2006 głudzień liśćopad październik wrzesień sierpień lipiec czerrwiec maj kwiecień marzec lóty styczeń / 2005 głudzień liśćopad październik wrzesień sierpień lipiec czerrwiec maj kwiecień marzec lóty styczeń / 2004 grrudzień listopad paździerrrnik wrzesień sierrpień lipiec czerrrwiec maj-eranek kwiecień marzec lóty styczeń / 2003 grrudzień listopad paździerrnik wjesień sierrrpień lipiec czerrrwiec maj kwiecień marzec luty styczeń / 2002 grrrudzień listopad paździerrrnik wrzesien sierrrpień lipiec czerrrwiec maj kwiecień marzec luty styczeń












maga.wszystkie prawa zastrzeżone :)